Z bloku operacyjnego LCO do Demokratycznej Republiki Konga. Relacja naszej anestezjolog lek. Agnieszki Świerzko z misji medycznej

You are currently viewing Z bloku operacyjnego LCO do Demokratycznej Republiki Konga. Relacja naszej anestezjolog lek. Agnieszki Świerzko z misji medycznej
Anestezjolog lek. Agnieszka Świerzko (pierwsza od lewej) wraz z polskimi medykami podczas misji w Demokratycznej Republice Konga

Na co dzień dba o komfort i bezpieczeństwo naszych pacjentów na oddziałach ortopedii, bloku operacyjnym czy w poradni leczenia bólu. Niedawno jednak zamieniła te warunki na… szpital bez prądu, afrykański upał i brak podstawowego sprzętu medycznego. Nasza anestezjolog, lek. Agnieszka Świerzko, wyruszyła z gorzowską fundacją Open Wings na wolontariat medyczny do Demokratycznej Republiki Konga. Jak bezpiecznie leczyć pacjentów, gdy w połowie operacji nagle gaśnie światło? Zapraszamy na niezwykłą relację z samego serca Afryki!

Kiedy dokładnie odbyła się misja i kto zdecydował się na ten wyjazd?

Na wyjazd udaliśmy się na początku marca. Na miejscu spędziliśmy równe 7 dni, do tego trzeba doliczyć 2 dni na samą podróż. W czasie tej misji było nas łącznie dziewięć osób, w tym dwie osoby z fundacji. Zespół medyczny liczył siedem osób: chirurg dziecięcy, chirurg ogólny, okulista, dwie pielęgniarki-instrumentariuszki i dwoje anestezjologów. To była trochę misja rozpoznawcza i organizacyjna, bo polecieliśmy tam po raz pierwszy. Część innej ekipy chwilę wcześniej zakończyła podobną akcję w Etiopii.

W jakim szpitalu pracowaliście?

Szpital, prowadzony przez kościół (Bureau diocesain des Oeuvres Medicales), znajdował się na obrzeżach Kinshasy. To stolica kraju i gigantyczna metropolia licząca 15-17 milionów mieszkańców! Mimo że to miasto, nie dotarliśmy do ścisłego centrum, bo z obrzeży jedzie się tam aż 3,5 godziny – dobra komunikacja publiczna po prostu nie istnieje. Sam szpital można porównać do naszej placówki powiatowej. Pracują tam miejscowi lekarze jak np. internista czy dentysta oraz co ciekawe – technicy znieczulenia, bo brakuje lekarzy anestezjologów. Medycy na miejscu mają ogromne chęci i umiejętności, ale dramatycznie brakuje im wyposażenia.

Jaka była pierwsza myśl anestezjologa, przyzwyczajonego do europejskich standardów, gdy pierwszy raz zobaczył warunki na miejscu?

Trzeba natychmiast zapomnieć o tym, że jest się europejskim anestezjologiem! Po pierwsze – nie ma tam NFZ-u i Sanepidu. Zdarza się, że personel wychodzi z bloku operacyjnego na obiad, na drugą stronę ulicy, prosto w ubraniach operacyjnych i nikogo to nie dziwi. Problemy sprzętowe drastycznie ograniczają możliwości znieczulania i monitorowania pacjenta. Cały monitoring opierał się na zwykłej pulsoksymetrii i pomiarze ciśnienia.

Czy to, co zastała Pani na miejscu, pokrywało się z przewidywaniami?

Widzieliśmy zdjęcia przed wyjazdem, więc mniej więcej wiedzieliśmy, czego się spodziewać. Ale rzeczywistość potrafi zaskoczyć. Największym wyzwaniem były przerwy w dostawie prądu, które potrafiły z minuty na minutę odciąć zasilanie monitorów w trakcie zabiegu! Szpital ma małe agregaty, ale często gasło światło i dziewczyny po prostu operowały przy latarkach. To samo dotyczyło sterylizacji narzędzi – czasem trzeba było czekać na prąd, i co ciekawe, nikt się z tego powodu nie denerwował. Sprzęt jest bardzo stary, stół operacyjny dosłownie się rozpadał, a ponieważ nie ma tam salowych, to my sami musieliśmy dbać o czyszczenie pomieszczeń. Nasz „magazyn” zrobiliśmy na korytarzu, a śluza służyła nam za pokój konsultacyjny.

Jak wyglądał Wasz dzień pracy?

W szpitalu byliśmy o 8 rano, a wychodziliśmy około 19. Często dzień potrafił się wydłużyć przez awarie sprzętu lub prądu. Jednego dnia musieliśmy pojechać z pediatrycznymi pacjentami do innego szpitala, ponieważ w naszej placówce aparat do znieczulenia okazał się być niesprawny. Zabiegi były dawkowane: w jednym czasie na bloku mogła działać albo diatermia, albo lampa, albo monitor.

Jakich pacjentów najczęściej operowaliście? Czy byli chorzy z problemami ortopedycznymi, jak w naszym szpitalu?

To był miks pacjentów pediatrycznych i dorosłych. U dzieci operowaliśmy głównie keloidy (bliznowce) i niezstąpione jądra. U dorosłych przeważały duże przepukliny. Ponadto nasz okulista miał pełne ręce roboty – jest tam ogromny problem z zaćmą i skrzydlikiem. Łącznie przez ten tydzień wykonaliśmy około 20 operacji chirurgicznych i 40 okulistycznych.

Jeśli chodzi o ortopedię – w tym konkretnym szpitalu jej nie było. Brakowało sprzętu obrazowego, nie mieliśmy ani RTG, ani USG na miejscu. Jeśli pacjent miał pieniądze, wysyłano go na prześwietlenie do innego szpitala. Jednak w innej placówce widzieliśmy oddział ortopedyczny ze zdjęciami RTG powieszonymi po prostu na ścianach. Rehabilitacja tam również jest sporym wyzwaniem – w „naszym” szpitalu był 1 fizjoterapeuta, ale miał do dyspozycji bardzo ubogie zaplecze sprzętowe.

Demokratyczna Republika Konga to nie jest kierunek turystyczny. Jak reagowali na Was miejscowi?

Nie widzieliśmy tam innych białych ludzi oprócz nas. To nie jest kraj dla turystów – nie ma nawet sklepów z pamiątkami. Ludzie reagowali na nas niezwykle pozytywnie, dzieci biegały za nami, dopytywano, czy wrócimy i czy następnym razem pojedziemy głębiej w wioski. Wielu ludzi chciało uzyskać darmową pomoc i oczywiście serce bolało, że przez zaledwie tydzień nie da się pomóc wszystkim.

Ale mieliśmy też niesamowicie zabawne zderzenia z kulturą! Na lotnisku przywitał nas urzędnik państwowy i płynną polszczyzną powiedział: „Cześć, jestem Sylwester, studiowałem w Łodzi!”. Z kolei w samolocie powrotnym usiadłam obok mężczyzny z Zimbabwe, który na hasło „Polska” zawołał, że zna Gorzów Wielkopolski i Świebodzin, po czym pokazał mi swoje zdjęcie pod pomnikiem Chrystusa! Świat jest jednak bardzo mały.

Czego my, polscy medycy i pacjenci, moglibyśmy się od nich nauczyć?

Pokory i cierpliwości. Ten wyjazd uczy doceniania tego, co mamy. Tamci ludzie, mimo niewyobrażalnej biedy i braku systemu, są szczęśliwi. Zobaczyliśmy ogromną radość z małych rzeczy i niesamowitą wdzięczność, a lekarz – pozbawiony nowoczesnych ekranów i technologii – z powrotem musiał się w 100% skupić na człowieku. Już teraz wiem, że to nie była moja ostatnia misja!

Poniżej zapraszamy do obejrzenia galerii zdjęć z misji, udostępnionych z prywatnego archiwum lek. Agnieszki Świerzko.